Orędzie: Czas jest miarą naszego życia; w jego biegu zmieniamy się i starzejemy – zmierzmy ku śmierci, która jawi się nam – tak jak w przypadku wszystkich ziemskich istot – jako normalny koniec naszej egzystencji. Świadomi naszej przemijalności, pamiętamy o tym, iż mamy ściśle określony czas, aby zrealizować swoje życie (por. KKK 1006-1014).
Cel: Wezwać wiernych do mądrego i odpowiedzialnego wykorzystania daru życia ze świadomością, że również nasze ziemskie życie skończy się, oraz do pamięci o zmarłych.

I. Memento mori – „Pamiętaj o śmierci”

Śmierć jest nieodwołalnie wpisana w ludzką egzystencję. Zawsze aktualne pozostają dla nas słowa przestrogi: Memento mori – „Pamiętaj o śmierci” – gdyż to ona w sobie właściwy sposób nadaje sens naszemu życiu. Człowiek wiary powinien przygotować się do dobrego przeżycia tego ostatniego etapu ziemskiego pielgrzymowania. Choć – jak mówi autor Księgi Mądrości – Bóg śmierci nie uczynił, chcąc, by życie człowieka było obrazem Jego wieczności (por. Mdr 1,13-14), to jednak po grzechu pierworodnym jawi się ona jako naturalne dopełnienie doczesnego wymiaru ludzkiej egzystencji.

Zwykle trudno jest człowiekowi umierać, bo śmierć zawsze przychodzi w nieodpowiednim momencie – za wcześnie, kiedy jeszcze nie zdążył zrealizować wszystkich życiowych planów. Pięknie wyraził to wielki artysta renesansu Michał Anioł, który czując zbliżającą się śmierć, tak oto podsumowywał swoje ziemskie pielgrzymowanie: „Życie było dobre. Bóg nie stworzył mnie, aby mnie opuścić. Kocham marmur, ale również i malarstwo. Kochałem architekturę, ale również poezję. Kochałem moją rodzinę i moich przyjaciół. Kochałem Boga, kształty niebios i kształty ziemi, a także i ludzi. Kochałem życie do sytości, a teraz kocham śmierć, jako naturalne dopełnienie”. Dwa dni przed śmiercią, mając 90 lat, artysta dodał: „Tylko dwóch rzeczy żałuję: że nie pracowałem bardziej nad zbawieniem swej duszy i że muszę zemrzeć, kiedy dopiero pierwsze kroki stawiam w dziedzinie sztuki” (I. Stone, Wielka przygoda Michała Anioła, Warszawa 1969, s. 150-151). Nasza przygoda z życiem trwa od chwili poczęcia, od początku świata. Bóg mnie stworzył, zapewnił mi życie, zatroszczył się o to, by to życie było możliwe nawet wtedy, gdy sprzeniewierzę się tej godności. Oto Bóg przygotował świat dla moich potrzeb. A jak z niego korzystam?

Arcybiskup Jerzy Ablewicz, wieloletni ordynariusz tarnowski, którego setną rocznicę urodzin obchodzimy dokładnie dzisiaj, powiedział: „Śmierć daje świadectwo, że przemijają dobra tej ziemi i szalony jest ten człowiek, który z ich używania czyni cel swojego życia. Śmierć daje świadectwo, że «czas jest krótki i przemija postać tego świata» (1 Kor 7,29-31). To świadectwo śmierci przeżył Aleksander Wielki, potężny król macedoński. Dlatego kazał się położyć do trumny z jedną ręką zwisającą na zewnątrz, aby wszyscy wiedzieli, że nie zabrał nic ze sobą” (Będziecie moimi świadkami, Kalwaria Zebrzydowska 1982, s. 158).

Codzienność pokazuje, jak bardzo kruche jest ludzkie życie. Człowiekowi często wydaje się, że jest w stanie posiąść cały świat i zgłębić wszelkie tajemnice, jednak prawda jest zupełnie inna. Możliwości każdego z nas są ograniczone. Nad nami jest ktoś mocniejszy i mądrzejszy. „Nad nami”, a jednocześnie również „z nami”! Tym kimś jest On – Bóg w Trójcy jedyny.

Dnia 8 marca 2009 roku w Warszawie zmarł profesor Zbigniew Religa – światowej sławy kardiochirurg. Środki masowego przekazu przypomniały wówczas jego ostatni wywiad, jakiego udzielił około dwóch miesięcy przed śmiercią. Na pytanie redaktora, czy nie boi się śmierci (powszechnie wiadomo było bowiem, że zmagał się z ciężką chorobą), profesor odpowiedział zdecydowanie: „Nie, nie boje się śmierci”. I zaraz dodał: „Wszyscy umierają. Dla mnie śmierć jest czymś naturalnym”. Dalej redaktor pytał: „Czy Pan wierzy w Boga?”. Lekko zakłopotany odpowiedział: „Nie, nie wierzę. Wszyscy mówią o Bogu, ale nikt nigdy Boga nie widział”. My, chrześcijanie, wierzymy w Boga.

II. Śmierć dla człowieka wierzącego nie jest beznadziejnością

Człowiek wszczepiony przez chrzest w Chrystusa, który dla nas sam przyjął ludzkie ciało, narodził się, żył jak my, pracował, cierpiał, a co więcej – umarł i zmartwychwstał, na śmierć patrzy zupełnie inaczej niż ten, kto swoje istnienie sprowadza tylko do wymiaru doczesnego. Choć nieunikniona konieczność rozstania ze światem zasmuca go i napełnia lękiem, to jednak jego wiara podpowiada mu, że śmierć wcale nie jest ostatecznym celem ludzkiej egzystencji, mimo iż stanowi ona końcowy akord ziemskiego życia. Umieranie bowiem – niezależnie od tego, jak trudny i bolesny bywa to proces – jest przejściem przez bramę prowadzącą do zupełnie nowego wymiaru istnienia.

Na tej drodze do nowego życia nigdy nie jesteśmy sami, gdyż przez bramę śmierci prowadzi nas Chrystus. Pójście za Nim na spotkanie z Bogiem w wieczności wymaga od ochrzczonego właściwego przygotowania się przez sakrament chorych, pokutę i Eucharystię. Ten wymóg – nie zawsze możliwy do zrealizowania, szczególnie wtedy, gdy śmierć przychodzi nagle – uświadamia nam ważność Jezusowego wskazania: „Czuwajcie […], bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie” (Mt 24,42). Mając to na uwadze, pierwsi chrześcijanie zawsze, gdy mówili o swoich planach, dodawali: „jeśli Bóg pozwoli”. Ta świadomość pozwalała im między innymi żyć tak, jakby za chwilę mieli umrzeć, a pracować tak, jakby mieli żyć wiecznie – bo Bóg stworzył każdego z nas ku niezniszczalności.

III. Zawierzenie i zaufanie Bogu daje wewnętrzny pokój

Spokojne wejście w bramę śmierci – tak bardzo charakterystyczne dla ludzi głębokiego zawierzenia – wymaga od człowieka ogromnego zaufania względem Boga. Można porównać je z zaufaniem dziecka wobec ojca, który chce uratować je z płonącego domu, wskazując mu jako jedyną drogę ocalenia skok z ostatniego piętra prosto w otaczające budynek kłęby dymu, przez które nic już nie widać. Aby przełamać strach, który nie pozwala dziecku tego uczynić, ojciec stara się wzbudzić jego zaufanie: „Nie bój się, tu na dole czeka na ciebie twój kochający ojciec”. Pełną ufności odpowiedzią jest skok w dół – prosto na przygotowany przez strażaków materac. W świetle takiego bezgranicznego zaufania i zawierzenia, jakie miało wobec ojca to będące w śmiertelnym niebezpieczeństwie dziecko, właściwie rozumiemy Jezusowe słowa: „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25). W tym kontekście bliższe staje się nam także Jezusowe zapewnienie, że w domu Ojca Jego jest mieszkań wiele, które On sam poszedł nam przygotować (por. J 14,2). Wiemy, że dokonało się to przez Jego zbawczą mękę, śmierć i zmartwychwstanie. To On wskazuje nam drogę naszego odwiecznego przeznaczenia – dom Ojca. Do niego zaś prowadzą nas między innymi te wartości, o których mówi nam św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian: „Bądźcie wytrwali i niezachwiani, zajęci zawsze ofiarnie dziełem Pańskim, pamiętając, że trud wasz nie pozostaje daremny w Panu” (1 Kor 15,58). Współpracując z Bożą łaską, otwieramy się na dar życia wiecznego, do którego każdy z nas został powołany, gdyż wierzymy w to, o czym uczy nas Kościół w prefacji żałobnej: „Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy; i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie”.

IV. Nasza śmierć jest początkiem nowego życia

Dziś nie jest łatwo żyć według ewangelicznych wskazań. Nie jest popularny duch ewangelicznego ubóstwa, czyn miłosierdzia czy też czystość serca. Współczucie, pokora i troska o sprawiedliwość nie znajdują miejsca w katalogu postaw dzisiejszego człowieka. Wydaje się wręcz, że Ewangelia po raz kolejny znajduje się poza rankingiem uznanych idei współczesności, a ci, którzy według niej pragną układać własne życie, zawsze będą wracać „z wielkiego ucisku” (Ap 7,14). Pamiętajmy jednak, że to oni właśnie – jak pisze św. Jan – oczyszczeni krwią Baranka, stać będą przed tronem Bożym (por. Ap 7,9.14) – w nowym Jeruzalem, gdzie „śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,4).

Chrześcijaństwo nie jest religią smutku i rozgoryczenia, ale jest radosnym orędziem pełnym nadziei, że nasz Pan, Jezus Chrystus, wyszedł żywy z grobu i już nigdy więcej nie umiera. Św. Paweł stwierdza wprost: „Jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15,22). Słowa Apostoła Narodów zapewniają nas, że śmierć nie jest kresem wszelkiego istnienia i to nie do niej należy ostatnie zdanie. Co więcej, jest ona potrzebna, aby żyć wiecznie, bowiem nasza „śmierć w Adamie” jest początkiem nowego życia w Bogu. Prawdę tę wyrażają słowa z prefacji za zmarłych: „Życie ludzkie zmienia się, ale się nie kończy”. W domu naszego Ojca w niebie każdy z nas ma przygotowane mieszkanie, o czym zapewnił nas sam Zbawiciel. On bardzo pragnie, abyśmy tam zamieszkali – my, będący ciągle w drodze, ale także i ci, którzy zakończyli już ziemską pielgrzymkę, a których ciała spoczywają na tylu cmentarzach świata.

V. Po co przychodzimy na cmentarze?

Trudno nie przyznać racji filozofowi, księdzu Józefowi Tischnerowi, który cmentarz określił mianem miejsca spotkania. Tak, cmentarz to miejsce spotkania – choć osobliwego, to jednak ze wszech miar rzeczywistego. Pisała polska noblistka Wisława Szymborska: „Ktoś tutaj był i był, a potem zniknął i uporczywie go nie ma”. Cmentarz uczy nas, że życie na ziemi nie wyczerpuje wszystkiego. Czy będzie się nam wiodło lepiej, czy gorzej, kiedyś powiemy temu światu „do widzenia”. Cmentarz uczy pokory, uczy miłości silniejszej od śmierci. Na cmentarz przychodzimy, by spotkać się jeszcze raz z tymi, których już nie ma wśród nas na sposób widzialny. Są pośród nich postacie wybitne, wielcy święci i błogosławieni, nauczyciele wiary i bojownicy ludzkiej nadziei, których pochodnia miłości płonie pośród ołtarzy Kościoła powszechnego. Są też wśród nich ludzie zwyczajni, prości sercem, których wielkość Bóg mierzy gorliwością w spełnianiu codziennych obowiązków. Tak wiele rzeczy w życiu im się nie powiodło, jednak w duchu pokornej pokuty potrafili zbliżyć się do Boga, by zaczerpnąć z niezmierzonego skarbca Jego miłosierdzia. Są wreszcie pośród nich i ci, których obecności tam być może się nie spodziewamy: ludzie uwikłani w bezmiar spraw tego świata, którzy zagubili się na rozstajnych drogach życia, zaplątali się w gąszcz cierni nieprawości i stracili azymut prowadzący do nowego Jeruzalem. Jednak Ojciec sam znalazł drogę do ich serca – być może w ostatnim dniu ich ziemskiej pielgrzymki, w ostatniej godzinie, w ostatniej sekundzie. Bóg ich znalazł i objawił im swą miłość. Dziś są do Niego podobni. To oni przecież urządzali dla nas świat: budowali nasze miasta, domy, ulice, uprawiali pola.

Cmentarz to miejsce spotkania z naszymi zmarłymi rodzicami, współmałżonkami, dziećmi, braćmi, siostrami, krewnymi czy przyjaciółmi. Ale tu przecież każdy z nas spotyka się także z samym sobą – i to w sposób najprawdziwszy z możliwych. Spotykamy się z tą najintymniejszą cząstką swojej ludzkiej kondycji, która w jednej tylko chwili każe nam myśleć o cmentarzu jako o miejscu na wskroś naszym. Tu wreszcie spotykamy się z jakimś wymiarem tajemnicy, która nas absolutnie przekracza. „A ci przyodziani w białe szaty kim są i skąd przybyli?” (Ap 7,13). „Kim są i skąd przybyli?”. Oni wszyscy przyszli z wielkiego ucisku, opłukali swe szaty i w krwi Baranka je wybielili. Tajemnicę, którą za życia kontemplowali, dziś przeżywaj. Oni już wiedzą, że tylko jedno jest tak naprawdę potrzebne: dojść tam, dokąd oni doszli. I tak naprawdę tylko to się liczy. Jeżeli bowiem się to stanie, wówczas spełni się wszystko, co w życiu człowieka spełnić się powinno. Nasi zmarli już wiedzą: droga zbliżania się do tajemnicy to droga błogosławieństw. Ona jest pytaniem, na które każdy z nas osobiście daje odpowiedź. Od niej zależy wieczność.

VI. Pamięć o zmarłych naszym obowiązkiem

Wyrazem naszej pamięci o zmarłych są dziś odświętnie przybrane groby, ozdobione kwiatami i płonącymi zniczami. To są piękne wyrazy naszej ludzkiej pamięci. Ale nasi bliscy zmarli w szczególny sposób oczekują od nas duchowego wsparcia i niejako słowami Hioba wołają do nas: „Zmiłujcie się nade mną wy, przyjaciele moi! Bo ręka Pańska dotknęła mnie” (por. Hi 19,21).

Na jednym z toruńskich kościołów pod zegarem słonecznym widnieje łaciński napis, który w polskim tłumaczeniu brzmi: „Jedna z tych godzin będzie dla ciebie ostatnia”. Nie wiemy, która dokładnie to będzie godzina. Ale możemy być pewni, że kiedyś nadejdzie.

Dzisiaj – i nie tylko dzisiaj – tak wiele możemy zrobić dla tych, którzy odeszli, a jeszcze nie zamieszkali w domu Ojca. Niech znajdą miejsce w naszych modlitwach, ofiarach, postach. Zachęca nas do tego Kościół słowami św. Jana Chryzostoma: „Nieśmy im pomoc i pamiętajmy o nich. Jeśli synowie Hioba zostali oczyszczeni przez ofiarę ich ojca, dlaczego mielibyśmy wątpić, że nasze ofiary za zmarłych przynoszą im jakąś pociechę? Nie wahajmy się nieść pomoc tym, którzy odeszli, i ofiarujmy za nich nasze modlitwy”.

Zakończmy to rozważanie refleksją austriackiego księdza – mistrza życia duchowego – Martina Gutla: „Śmierć jest granicą życia, ale nie miłości. Dlatego nie trwaj w bólu. Nie patrz tylko na straty. Ufaj i wierz, że tamten świat jest prawdziwy i bliski wokół nas, nad nami i w nas”.

Ks. Kazimierz Fąfara

­